sobota, 24 maja 2014

Wszyscy i tak wylądujemy w Salsie, czyli o życiu nocnym Xi'anu

Uwielbiam miasto nocą, dlatego tak zachwycił mnie Xi'an po zmroku. Ten moment, kiedy robi się ciemno, ulice nie są już tak przepełnione, ale wciąż tętnią życiem. Xi'an wieczorami pulsuje i zachęca kuszącymi zapachami świeżo przygotowanego jedzenia, śmiechem ludzi zmierzających do barów oraz neonami rozświetlającymi całe ulice.



Pomysłów na spędzenie nocy poza domem jest mnóstwo, a to jedna z przyczyn mojej ogromnej miłości do metropolii. Wieczorne spacery z aparatem w dłoni i brakiem planu należą do ulubionych, ponieważ jeszcze nigdy się nie rozczarowałam. Wychodzimy z przyjaciółmi z jedną myślą, chcemy dobrych zdjęć i jeszcze lepszej zabawy i zawsze trafiamy na nieodkrytą przez nas wcześniej część miasta, małe uliczki pełne pysznego jedzenia i fascynujące osobowości.Alternatywa to organizowane cyklicznie przez Akademię Muzyczną koncerty guzhenga-chińskiego instrumentu szarpanego, które są prawdziwą ucztą także dla oczu. Piękne Chinki wystrojone w eleganckie suknie i delikatne dłonie tańczące nad instrumentem.

Już we wcześniejszym poście wspominałam, że żywimy się dosłownie na ulicy, gdzie zawsze rozstawione są stragany i wózki z jedzeniem, także w nocy. Dlatego też widok młodych ludzi, siedzących na krzesełkach dla przedszkolaków, ustawionych pod klubem o czwartej rano i zajadających się makaronem, jest codziennością. Tego zdecydowanie brakuje w Polsce, gdzie o tej porze dostać można jedynie kebab.



Pozostając przy temacie klubów, pozwolę sobie na zamieszczenie skrótowego przewodniczka małego imprezowicza. Zabawę najczęściej zaczynamy w Helen's bar, czyli barze, w którym spotyka się co piątek hermetyczny światek zagranicznych studentów. Po trzech miesiącach pobytu w Xi'anie, nie było sytuacji, żebym nie spotkała kogoś znajomego w tym miejscu. Tutaj też łapie się mnóstwo kontaktów.
3 Carats to podobne do Helen's bar lecz zdecydowanie bardziej ekskluzywne miejsce. Pierwsza przypadkowa wizyta pozwoliła mi odkryć, że w piątki serwowany jest darmowy alkohol dla obcokrajowców. Zabieg ten, stosowany przez wiele klubów, zwłaszcza tych próbujących się dopiero wypromować, przyciąga nie tylko zagranicznych gości, ale także Chińczyków zainteresowanych popularnością tego miejsca wśród cudzoziemców. I tutaj ponownie poruszamy kwestię białej twarzy. Gdy pierwszy raz przekroczyłyśmy próg 3 Carats, wracałyśmy właśnie z wieczornego spaceru z aparatami fotograficznymi, ubrane w dresy. Pomimo tego, jak bardzo niewyjściowo wyglądałyśmy, a jak bardzo luksusowe jest to miejsce, zaraz znalazł się przy naszym boku kelner z drinkami i pytaniem, czego jeszcze potrzebujemy.
 


Nieważne, gdzie zaczniemy zabawę, i tak najczęściej kończy się ona w Salsie-prawdopodobnie najbardziej znanym klubie w Xi'anie. Przychodzą tu wszyscy, a głównym celem jest parkiet. Jednak dopiero koło czwartej nad ranem, kiedy to puszczana jest dobra muzyka, a większość natarczywych Chińczyków wróciła już do domu, ludzie bawią się najlepiej. Takie miejsca jak Salsa lub Fantasy club to dla mnie, jako początkującego sinologa zainteresowanego kulturą Chin, także okazja na zaobserwowanie zachowania młodych Chińczyków i Chinek, które momentami jest na tyle zaskakujące dla osoby wychowanej w innej kulturze, że poświęcę mu osobny wpis na blogu.

Ważnym aspektem nocnego życia, nie tylko w Xi'anie, ale w całych Chinach jest karaoke. Wielka popularność tej formy rozrywki, która zawładnęła Azją w ostatnim czasie, przejawia się w dziesiątkach ogromnych neonów z napisami KTV, które mijam każdego dnia na ulicy.Zamknięte pomieszczenia, w których możesz razem z przyjaciółmi śpiewać znane, popowe piosenki, to także miejsce rozwijającej się prostytucji. Niektóre kluby oferują bowiem towarzystwo pań, którym można zapłacić za wspólne picie i tańczenie, ale to jedynie oficjalna wersja, bo, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, każdy wie.

czwartek, 15 maja 2014

Wielka xidiańska rodzina

Będąc zagranicznym studentem, a do tego jeszcze białą dziewczyną, nie możesz przemknąć niezauważenie nie tylko na chińskiej ulicy, ale tym bardziej na terenie uniwersytetu. Na Xidian University of Computer Science and Technology uczy się siedmiuset zagranicznych studentów, na naszym campusie około połowa z nich, jednak jak sama nazwa szkoły sugeruje, nie znajdziemy tu zbyt wielu dziewczyn, a już na pewno nie białych. Oprócz naszej szóstki, spotkałam Brytyjkę, Hiszpankę i jeszcze jedną kobietę, której narodowości wciąż nie poznałam. Poza tym kilka dziewczyn z Sudanu czy Nepalu. Najliczniejszą grupę stanowią jednak przedstawiciele krajów wschodnich oraz afrykańskich. 
 
Z tego też powodu, obecności naszej wyróżniającej się z tłumu białej skóry, nie mogło zabraknąć na dniu sportu, który przekładany z powodu deszczowej pogody, odbył się wreszcie w miniony weekend. Najważniejszy punkt programu stanowiła parada, w której prezentowały się poszczególne drużyny, także my – zagraniczni studenci. Na tle dziesiątek ustawionych w rzędy Chińczyków, perfekcyjnie wykonujących wyuczone ruchy i maszerujących w idealnych odstępach, wyglądaliśmy co najmniej zabawnie.
Nieprzygotowani, dosłownie wyrwani z łóżek o szóstej rano, zostaliśmy ustawieni, wręczono nam flagi i próbowano wytłumaczyć, w jaki sposób powinniśmy się prezentować. Pomimo braku jakiegokolwiek dogrania, zrobiliśmy największe wrażenie naszą pozytywną energią, okrzykami, śmiechem i przede wszystkim kolorowymi twarzami.
Dzień sportu, jako pierwsze tego typu wydarzenie, w którym brałam tutaj udział, a które zebrało w jednym miejscu tylu zagranicznych studentów, uświadomił mi, jak bardzo chciałabym zostać częścią tej „xidiańskiej rodziny”. Młodzi ludzie przyjeżdżają studiować do Chin na co najmniej parę lat, a ponieważ środowisko "liuxueshengów" jest na tyle hermetyczne, po paru miesiącach wszyscy się znają. Fakt, że mieszkam w akademiku na terenie campusu bardzo ułatwia kontakty i pozwolił mi poznać bliżej wielu cudownych ludzi, jednak to wciąż bardzo powierzchowne znajomości. Nieustannie odnoszę wrażenie, że zaraz wyjeżdżam, kiedy oni zostają na kolejne trzy lata.
 
Poczułam się częścią czegoś większego, gdy po paradzie, pod naszym namiotem rozbrzmiewał dźwięk bębnów i gitary, a wszyscy tańczyli i śpiewali w przeróżnych językach.Widać było, że Ci ludzie się świetnie znają i dobrze czują w swoim towarzystwie, co odznaczało się na tle innych drużyn. Wciąż jednak mam świadomość, że nie potrafię zaangażować się w pełni w życie uniwersyteckie, bo siedzę na walizkach. Nie mam pojęcia, gdzie spędzę kolejne półrocze, ponieważ istnieje jednakowe prawdopodobieństwo, że wrócę do Gdańska, polecę do Pekinu lub jeszcze innego miasta. Z jednej strony to brak poczucia stabilizacji, ale równocześnie możliwość zaczynania od początku w kolejnym miejscu, co tak uwielbiam.




poniedziałek, 5 maja 2014

O transporcie słów kilka, czyli jak nie zginąć przechodząc przez ulicę


Najważniejsze zasady na chińskiej ulicy:
1. uświadom sobie, że nie ma czegoś takiego, jak przepisy ruchu drogowego, a nawet jeżeli są, to jedynie w podręcznikach do kursu na prawo jazdy.
2. miej oczy dookoła głowy, bo nikt o Ciebie nie zadba, jeżeli Ty tego nie zrobisz.
3. dostosuj się do naturalnego rytmu ulicy, dopiero wtedy będziesz       w stanie funkcjonować i poruszać się.
Chińska ulica to na pierwszy rzut oka chaos, kłębowisko ludzi i pojazdów poruszających bez określonego ładu. Jednak, kiedy przyjrzę się dokładniej, jestem w stanie wyłapać rytm, płynność ruchów. Kierowcy mijają przechodniów na milimetry, nie zatrzymując się, tylko polegając na własnych wyliczeniach, dlatego otarcie się o pojazd to kwestie sekund. Początkowo wydaje się to przerażające, jednak z czasem pozwala na wygodne i przede wszystkim szybkie przemieszczanie się. Pierwsze dni po przyjeździe polegały na kurczowym trzymaniu się Chińczyków, by u ich boku przejść na drugą stronę ulicy. Paraliżowała mnie sama myśl o tym, co się dzieje przede mną. Teraz razem z wszystkimi łamię wszelkie zasady zdrowego rozsądku i przepisy, które wpajano mi całe życie w Polsce, lawirując na czerwonym świetle pomiędzy autobusami i rowerzystami. Przyjemność jazdy zwykłym autobusem kosztuje 50 groszy, piętrowym - złotówkę, gdy posiadamy kartę, którą regularnie doładowujemy, cenę dzielimy na pół. Płacimy wrzucając banknot do pojemnika umiejscowionego przy pierwszych drzwiach lub przykładamy kartę do czytnika. Oprócz kierowcy obserwującego wsiadających, nie ma żadnych kontroli, więc tak naprawdę to, czy zapłacimy zależy jedynie od naszej uczciwości, a Chińczycy są uczciwi. Nie widziałam jeszcze nigdy, by ktokolwiek oszukiwał, a niestety mam świadomość, jak nagminne jest to w Polsce. Jazda autobusem, zwłaszcza w godzinach szczytu do najprzyjemniejszych nie należy, jednak miasto jest na tyle dobrze rozplanowane, a kierowcy sprawnie lawirują pomiędzy innymi pojazdami, unikając stłuczek, że na miejsce docieram zawsze w zadziwiająco szybkim tempie. Warto także nadmienić, że nie istnieje nic takiego, jak rozkład jazdy. Na przystanku podana jest jedynie godzina przyjazdu pierwszego i ostatniego autobusu. Wbrew pozorom nie jest to jednak problemem, ponieważ pojawiają się one z taką częstotliwością, że nigdy nie czekałam dłużej niż pięć minut.

Xi'an ma jedynie dwie, ale za to bardzo rozbudowane linie metra. Ceny zależą oczywiście od trasy, ale nie przekraczają kilku złotych za przejazd. Największym plusem są zabezpieczenia w postaci przezroczystych szyb, których nie widziałam np. w Nowym Jorku czy Warszawie, gdzie tory są otwarte, a o wypadkach i próbach samobójstw wciąż jest głośno. Ranking na opłacalność i równocześnie wygodę wygrywają oczywiście taksówki, które są tak zadziwiająco tanie, że po powrocie do kraju już nigdy nie będę w stanie przestawić się na wygórowane ceny za ten środek transportu. Podczas naszych nocnych eskapad do barów stają się nieocenione. Dla porównania w taryfie nocnej za siedem kilometrów do ulubionego klubu płacimy siedem złotych i dzielimy to jeszcze na cztery osoby. Teraz warto sobie wyobrazić, jak czują się studenci z Francji czy Niemiec, których jest tutaj sporo, a którzy przeliczają te kwoty na euro. Żyć, nie umierać.
Xi'an to ogromne, siedmiomilionowe miasto, dlatego tak sprawny transport niezwykle ułatwia ludziom życie. Oprócz wymienionych przykładów można oczywiście dać się podwieźć za kilka groszy na motorze lub wypożyczyć rower. Wszędzie towarzyszą nam jednak tłumy ludzi, ale tego przykrego aspektu Chin trzeba po prostu przywyknąć.





sobota, 26 kwietnia 2014

Makaronu daj mi luby

W związku z tym, że poprzedni post utrzymany był w charakterze raczej negatywnym, kolejny postanowiłam poświęcić kwestii bezsprzecznie pozytywnej, czyli jedzeniu, a dokładniej mówiąc makaronowi. Wbrew powszechnej opinii, według której to Włochy są ojczyzną makaronu, to właśnie w Chinach zajadano się nim już wcześniej.
Jako zagorzała pastafarianka, co prawda nie należąca oficjalnie do Kościoła Latającego Potwora Spaghetti, lecz praktykująca i wdrażająca    w życie złote zasady tej religii, do makaronowego nieba trafiłam przypadkiem. Xi'an należy bowiem do prowincji Shaanxi, która słynie na całe Chiny z różnorodności przygotowywanego tutaj „面条".


Sam proces wyrabiania makaronu jest niezwykle interesujący, dlatego tak lubię jadać w miejscach, gdzie powstaje on na moich oczach. Opanowana do perfekcji technika i zręczność robią wrażenie. W celu rozciągnięcia ciasta uderza się nim o stół, co powoduje powstanie charakterystycznego dźwięku „biang”, stąd tez wywodzi się nazwa. Następnie zręcznymi ruchami rąk, zwijane jest ono w warkocze, z których stopniowo wyodrębniają się nitki makaronu. Są one jednak o wiele grubsze niż te, do których przywykłam w domu.

Nie myślałam, że kiedykolwiek wypowiem te słowa, ale makaron może się znudzić, a tęsknota za schabowym przerodzić w obsesję. Chiny oferują mnóstwo różnorodnych potraw, jednak w większości przypadków bazę stanowi ryż bądź makaron, więc po dwóch miesiącach pobytu w Xi'anie przechodzę kryzys i wróciłam do diety opartej na kawie, ananasach i pseudochlebie. Oczywiście z bólem muszę także przyznać, że makaron koi duszę, ale nie uzdrawia ciała, zwłaszcza w połączeniu z tłustym sosem, czego nie dopuszczałam do swojej świadomości przez lata. Jedyną potrawą, bez której nie wyobrażam już sobie życia jest 
西红柿鸡蛋面 czyli makaron (bądź ryż)z jajecznicą, pomidorami i zieloną papryką. Idealne połączenie smaków i soczyste kolory sprawiają, że szczęście nabiera nowego wymiaru.


Warto również nadmienić, że ceny za takie makaronowe dania i nie tylko są zadziwiająco niskie, a koszty żywienia w Chinach to jedna z kwestii, która najbardziej mnie zaskoczyła. Wpływ na to ma na pewno fakt, że Xi'an nie jest jednym z największych miast, więc też ceny bardzo różnią się od tych, które spotkamy na przykład w Pekinie. Moje ulubione 西红柿鸡蛋面 kosztuje 10 yuanów, czyli 5 złotych. Za taka kwotę jestem w stanie zjeść porządny obiad na ulicy przylegającej do campusu, natomiast uniwersytecka stołówka oferuje dania za jej połowę. Oczywiście wykwintniejsze restauracje to inne ceny, lecz wciąż są one śmiesznie niskie w porównaniu do tych choćby polskich.

 

Spożywanie makaronu pałeczkami jest jednak sztuką, chociaż konkurencję na stopień trudności bezsprzecznie wygrywa rozmoczony ryż. Pierwsza i najważniejsza zasada to pozbycie się wstydu, ponieważ jedząc pałeczkami człowiek nie wygląda pięknie, zwłaszcza, gdy posiada się tak małe doświadczenie. Dziwnie nachylona nad miską sylwetka i niezgrabne ruchy z czasem przeradzają się w szybsze i bardziej skoordynowane, a panowanie nad nabieranym jedzeniem nie jest już niemożliwością. W końcu wszystko jest kwestią praktyki. Pamiętam jednak bardzo miłe sytuacje, gdy to właściciele restauracji bądź kelnerzy widząc, jak sobie nie radzimy, podawali nam z uśmiechem politowania jedyne widelce, jakie mieli na zapleczu.


Mimo moich trudnych relacji z makaronem w ciągu ostatnich dni, nie potrafiłabym wykreślić go z jadłospisu, więc jeżeli rzeczywiście podzielimy ludzi na tych lubiących ryż, bądź preferujących makaron, to moja pozycja jest już z góry określona.

środa, 16 kwietnia 2014

Sztuka charkania, czyli wszystko co mnie w Chinach obrzydza


O tym, jak w Chinach jest brudno, przekonałam się już podczas pierwszej podróży z lotniska na campus, a każdy kolejny dzień tylko potwierdzał to spostrzeżenie. Chińczycy nie dbają o czystość. Przestrzeń publiczna, ze szczególnym uwzględnieniem mniejszych uliczek tętniących własnym, intensywnym życiem, pokryta jest brudem, którego obecności nie możemy usprawiedliwiać jedynie smogiem osiadającym na wszystkim. Wieczorne spacery to, oprócz czerpania przyjemności z obserwacji fascynującej chińskiej ulicy, także lawirowanie pomiędzy stertami śmieci i resztkami jedzenia. Oczywiście jest to przypadłość charakterystyczna głównie dla bocznych uliczek, pełnych małych restauracji i stoisk z jedzeniem, ale charkających przedstawicieli narodu chińskiego możemy już spotkać wszędzie. Tutaj także w pewnym stopniu winą obarczamy smog, który bardzo niekorzystnie wpływa na drogi oddechowe, ale osobiście chyba nigdy nie przyzwyczaję się do dźwięku zbierania w ustach śliny i innych wydzielin, by po chwili wypluć je z rozmachem na chodnik. Po pewnym czasie udało mi się nauczyć ignorować latające wokół mnie charki, zaliczając je po prostu do barwnego krajobrazu chińskiej ulicy, jednak nieprzyjemny dźwięk temu towarzyszący, wciąż obrzydza.





Przed wylotem z Polski ostrzegana byłam oczywiście o niebezpieczeństwach wynikających z żywienia się w małych restauracyjkach serwujących typowo chińskie przysmaki oraz próbowania jedzenia prosto z ulicznych straganów, jednak zaszczepiona na wszelkie możliwe choroby świata, nie mogłam przegapić przyjemności odkrywania. Teraz nie wyobrażam sobie żywienia się gdziekolwiek indziej, ponieważ jedzenie na ulicy jest nie tylko różnorodne i przepyszne, ale także nieprzyzwoicie tanie w porównaniu do polskich cen.













Oczywiście początkowe obawy nie były nieuzasadnione, ponieważ wychowana w europejskim podejściu do higieny jedzenia przeżyłam szok, gdy sprzedawca pierwszy raz podał mi ananasa na patyku, obranego i obmacanego brudnymi rękami, którymi pięć minut wcześniej skrobał gigantycznego bambusa. Kolejne zaskoczenie to sposób wydawania jedzenia na wynos, które wrzuca się po prostu do jednorazowych reklamówek, dlatego przemierzanie miasta z siatką pełną chlupoczącej zupy, to także nieodłączny element krajobrazu chińskiego miasta.



 Pojęcie czystości okazało się względne i jakże różne od tego, do którego przywykłam w Polsce. Kiedy w Europie problemem staje się brak osobnego zlewu do mycia warzyw, tutaj nikt nie przejmuje się podstawowymi zasadami higieny i BHP. Warunki w jakich jedzenie jest przygotowywane oraz czystość wnętrz pozostawia wiele do życzenia, jednak to także problem jedynie pierwszych dni pobytu w Chinach. Podobnie jak niechlujny sposób, w jaki Chińczycy spożywają posiłki. Rozrzucanie kawałków na stół i podłogę oraz nieciekawe odgłosy towarzyszące jedzeniu makaronu pałeczkami spotykają się z powszechną akceptacją.

 



Wszystko zależy jednak od nastawienia, a przede wszystkim przyzwyczajenia do pewnych zachowań i zrozumienia ich uwarunkowań kulturalnych. Zupa w siatce i resztki posiłku, w które znowu wdepnęłam stały się codziennością, niestety latające charki mogą zapomnieć o akceptacji z mojej strony.